Wpis powstał w 2015 roku (miałam wtedy 21 lat), po wizycie w zakładzie karnym, podczas odbywania praktyk studenckich.
Zebraliśmy się przy bramie głównej Zakładu Karnego przy ulicy Kleczkowskiej około godziny 9.
Po przekroczeniu progu tej instytucji byłam zaskoczona tym co zobaczyłam. Drzwi rozsuwane mechanicznie, wyremontowane schody, barierka, megafon, przy którym potwierdziliśmy nasze przybycie. Zaskoczyła mnie nowoczesność, ponieważ instytucja więzienia zawsze kojarzyła mi się z przestarzałym systemem, pewien rozkład moralny, który przedstawiali osadzeni miał w moim mniemaniu odzwierciedlać charakter- także ten wizualny- samej instytucji. Dziesięć osób zgromadziło się przy żelaznych drzwiach wejściowych, czekając na pozwolenie wejścia do więzienia. Zostaliśmy uprzedzeni, iż to od strażników zależy czas oczekiwania na pozwolenie na wejście do środka. Po ok. 15 minutach weszliśmy do środka. Wylegitymowaliśmy się, schowaliśmy rzeczy do depozytu i przeszliśmy przez bramkę bezpieczeństwa. Wyszliśmy na pierwszy plac, na którym oczekiwała na nas już osoba, która miała oprowadzić nas po zakładzie karnym. Był to rzecznik prasowy, pan ppor. T. W. Opowiedział krótko gdzie się znajdujemy. Pan Tomasz zaczął od przedstawienia historii placówki, która sięga do roku 1895, kiedy to wzniesiono dwa budynki: jeden przeznaczony na więzienie dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Z czasem powierzchnia zakładu zaczęła się powiększać, rozrastać, dobudowywano kolejne budynki.
Po krótkiej prezentacji przeszliśmy do obiektu głównego.
Jest największym budynkiem całego zakładu i ma kształt krzyża. Pan W. poprowadził nas do kaplicy, gdzie o swojej pracy opowiedział kapelan, pracujący w zakładzie. Pamiętam, że opowiadał w jaki sposób przebiega msza, ilu więźniów mieści się w kaplicy. Zdziwił mnie jednak fakt, iż więźniowie na mszy nie są pod nadzorem straży. Siadają w ławkach i nie pilnuje ich praktycznie nikt. Wcześniej nie byłam świadoma, że jest to możliwe. W związku z tym, iż czytałam na studiach teksty o instytucjach totalnych myślałam, że w więzieniu, zwłaszcza na oddziale zamkniętym, więźniowie nie mają żadnej szansy na jakiekolwiek porozumiewanie się między sobą. Wyobrażenie społeczeństwa o instytucji więzienia nie jest nieuzasadnione. Wiele cech mu przypisywanych ma odzwierciedlenie w rzeczywistości, jednak nie ma tam moim zdaniem tak autorytarnej władzy jak się wszystkim wydaje. Kapelan opowiedział historię z jego życia, która utkwiła mi w pamięci. Jeszcze zanim zaczął pracować przy ulicy Kleczkowskiej trochę się obawiał czy sobie poradzi i postanowił porozmawiać z kimś, kto miał już w swoim życiu takie doświadczenia. Jego kolega- również duchowny- powiedział mu: "Jeśli uczyłeś w gimnazjum i dałeś sobie radę to tym bardziej poradzisz sobie w więzieniu".
Po wyjściu z kaplicy udaliśmy się pod celę zabezpieczającą, która jest czasem mylona z izbą izolacyjną. W celi są dwa pokoje, w jednym z nich jest łóżko bezpieczeństwa.
Przeszliśmy dalej do miejsca, w którym wydawane są porcje żywnościowe, tym z osadzonych, którzy uzbierają na nie środki.
Po schodach weszliśmy na trzecie piętro, po drodze mijając cele psychologów i terapeutów.
Ustawiliśmy się na skrzyżowaniu czterech skrzydeł budynku i słuchaliśmy opowieści o strukturze więzienia- oddziałach od A do D. Zauważyłam na półpiętrze obrazy- po trzy na każdej z dwóch ścian, które wydały mi się trochę sztuczne i nie na miejscu. Miała to być prawdopodobnie namiastka świata zewnętrznego. (Jednym z obrazów była „Dama z gronostajem” Da vinci). Staliśmy praktycznie na otwartej przestrzeni, nad sobą mieliśmy pobielany sufit, pod sobą schody i kraty. Po wychyleniu się poza barierkę, piętro niżej, można było zobaczyć klatkę, w której siedział mężczyzna sprawdzający monitoring na terenie zakładu. Miał przed sobą monitor a jego praca polegała na kontroli zachowań przebywających na terenie obiektu ludzi. Staliśmy na skrzyżowaniu, gdy w pewnym momencie minęła nas grupa więźniów idących ze swoją- prawdopodobnie- panią pedagog na zajęcia. Przyglądali nam się uważnie i słyszeliśmy też kilka przekleństw. Byli to tylko i wyłącznie młodzi ludzie.
Niestety przez niezbyt dobrą akustykę nie słyszałam wszystkiego, co mówił pan W. Jednak wtedy miałam czas aby mu się przyjrzeć. Nie zwróciłam uwagi na to jak się zachowywał zaraz po naszym wejściu do więzienia, czego bardzo żałuję. W tamtej chwili- kiedy staliśmy na trzecim piętrze placówki- wydawał się opanowany. Mówił rzeczowo i ciekawie, cicho ale wyraźnie. Potrafił zainteresować słuchaczy. Zauważyłam, że do wzmocnienia swoich wypowiedzi prawie w ogóle nie używał gestykulacji. Wydawało mi się, że robił to świadomie. Od czasu do czasu zapinał i odpinał bluzę, w którą był ubrany, jednak miało to raczej związek z tym, że w czasie przechodzenia z miejsca na miejsce robiło się raz- cieplej, raz- zimniej. Rzecznik prasowy był ostrzyżony krótko i ogolony. Nosił jeansy, sportowe buty i rozpinaną bluzę, wyglądał zwyczajnie, tak jakby chciał się dopasować do otoczenia. Jego wypowiedzi były przemyślane, nie zdradzał swoich opinii zbyt często. Jeśli już to robił, wypowiedź była wyrachowana i przemyślana np. „wszyscy wiedzą, że terapie nie bardzo działają ale wiadomo- odgórne zarządzenie”.
Poszliśmy dalej, po schodach w dół.
Zatrzymaliśmy się na półpiętrze, gdzie mogliśmy zobaczyć spacerniak, na którym przebywali więźniowie. Przestrzeń podzielona była na trzy części- trzy spacerniaki, z czego na zaledwie jednym przechadzali się osadzeni, około dwadzieścia osób. Chodzili wokół, dwie osoby biegały, kilka ćwiczyło podnoszenia na drążku gimnastycznym. Czterech osadzonych stało w prawym kącie i paliło papierosy, w lewym kącie stało trzech lub czterech mężczyzn, z czego jeden trzymał papierosa. Tymczasem do drugiego spacerniaka weszło czterech więźniów, którzy od razu zaczęli bieg.
Po przejściu dalej weszliśmy w strefę administracyjną, gdzie mieściły się gabinety administracji więziennej, pomieszczenia w których osadzeni mogli spotkać się z adwokatem. Wywarło to na mnie wrażenie, ponieważ widoczna była znaczna różnica między strefą więzienną, gdzie wokół mieściły się kraty. To było jak konkretne oddzielenie świata za drzwiami, który zostawialiśmy po wejściu do tych pomieszczeń. W tej części zakładu korytarz przypominał mi wnętrze szkoły. Przejście zostało świeżo wymalowane, na ścianach o ciepłych i żywych kolorach, powieszono kolorowe obrazy a po bokach znajdowały się drzwi. Zatrzymaliśmy się na końcu korytarza. Pan W. opowiedział nam o ślubach, które zdarzają się w więzieniu. Nie jest ich wcale tak mało jakby się mogło wydawać. Zdarzają się kilka razy w roku, głównie cywilne, chociaż zdarzył się przypadek mężczyzny, który bardzo chciał wziąć ślub kościelny, który rzeczywiście się odbył. Miało to miejsce, pomimo początkowej niechęci jego partnerki. Większość była zdziwiona tym faktem, ponieważ mężczyzna odbywał właśnie karę za znęcanie się nad rodziną.
Zeszliśmy w dół po schodach.
Rzecznik prasowy opowiadał nam o więźniach opuszczających zakład karny. Niektórzy nie potrafią sobie poradzić z faktem, że ten etap w ich życiu dobiegł końca. Mimo, iż wydawać mogło by się, że więzienie nie jest miejscem do którego można przywyknąć, bardzo wiele osób płacze opuszczając placówkę, niektórzy się samookaleczają by tam dłużej zostać. Połykają ostre przedmioty, środki odurzające, wywołują bójki aby przedłużyć swoje odsiadki. Takie sytuacje są poniekąd zrozumiałe. Ci ludzie spędzają tam nierzadko bardzo dużą część swojego życia i nawet po wyjściu nie są w stanie poradzić sobie z problemami codzienności. Utkwił mi w pamięci jeden przykład, o którym mówił nam rzecznik prasowy- więźnia, który koczował pod bramą więzienia aż trzy dni, płacząc, zanim odszedł w swoją stronę.
Podczas przechodzenia z jednego skrzydła do drugiego poruszyła mnie jedna sytuacja. Przechodziliśmy obok spacerniaka dla oddziału zamkniętego. Więźniowie akurat w tym momencie zostali na niego wypuszczeni. Byli ubrani bardzo normalnie: spodnie od dresu, niektórzy pomimo mrozu zdecydowali się na krótkie spodenki, mieli na sobie szaliki i czapki. Wyglądali jak ludzie, którzy dla zdrowia idą pobiegać po parku. W tym momencie pojawiła się myśl, że jest to oddział zamknięty dlatego też przeważająca większość tych ludzi to byli mordercy. Nie ważne w tym momencie były motywy ich czynów tylko sam fakt ich popełnienia. Najbardziej jednak zdziwiło mnie to, że nie wywołało to we mnie strachu, przerażenia czy jakiegoś dyskomfortu. Traktowałam tę sytuację raczej jako stwierdzenie faktu. Faktu, który mnie zaintrygował.
Z części administracyjnej udaliśmy się na spacerniak, o którym pisałam wyżej a któremu wcześniej przyglądaliśmy się z innej perspektywy. Tym razem uderzyło mnie to, że wyglądał on jak miniaturowy park. Jedna ścieżka wokół wybiegu, w rogach posadzone i równo przycięte krzewy, na środku oczko wodne.
Stojąc pośrodku spacerniaka mogliśmy dowiedzieć się od rzecznika prasowego, że od tego roku istnieje zarządzenie mówiące, że strażnicy nie mogą używać broni o ostrej amunicji. Wcześniej pracownicy zakładu, stojący w wieży obserwacyjnej mogli strzelać do uciekinierów, teraz wyposażeni zostali w gumowe pociski. Ucieczki zdarzają się jednak rzadko ze względu na duże zabezpieczenia i siatkę wokół spacerniaka, które przy nadzorze są nie do sforsowania.
Komentarze
Prześlij komentarz