Zaznaczę na początku, że książki nie czytałam i mogę opierać się jedynie na opinii innych osób, z którymi rozmawiałam o fabule. Według nich książka ma do zaoferowania więcej i jest warta polecenia... Niestety, nie mogę tego samego napisać o filmie.
Trzeba przyznać, że pozycja wyjściowa fabuły jest skonstruowana dość solidnie i spójnie, a świat przedstawiony (przynajmniej na początku) wydaje się wiarygodny. Jednak to by było na tyle pozytywów, ponieważ z biegiem wydarzeń cała historia zaczyna się sypać. Film jest pięknie nakręcony, a sceneria moczar urzeka. Podobnie jak na bagnach można zatracić poczucie czasu, tak i chwilami podczas seansu Gdzie śpiewają raki trudno nie odczuć dłużyzn. Można je jeszcze przeboleć, ale drętwych dialogów już nie.
Nie wspomnę też o lukach fabularnych, takich jak: dlaczego opieka społeczna nie zainteresowała się samotną, małą dziewczynką mieszkającą na moczarach? Przecież wszyscy w miasteczku wiedzieli, że Kaya mieszka sama jak palec, a jednak nikt nic z tym faktem nie zrobił – poza dosłownie trzema, czterema osobami.
Wisienką na torcie jest pospiesznie sklejone zakończenie filmu, czyli życie Kayi po procesie. W 10 minut widz ogląda starzejącą się bohaterkę i jej partnera, a także tajemnicę, którą skrywała przez całe życie. Pominę aspekt moralny tego, czy Kaya jest bohaterką, czy antybohaterką całej opowieści – myślę, że każdy widz wyciągnie wnioski sam.
Podsumowując, fabuła filmu to równia pochyła, po której widz z każdą minutą zbliża się coraz bardziej w stronę bagien.
Zdjęcie z: https://www.vogue.pl/uploads/repository/craw2.png
Komentarze
Prześlij komentarz