Oczekiwałam spokojnego filmu, który pozwoli mi się odprężyć po ciężkim dniu. Liczyłam na chwilę wytchnienia — i… nie doczekałam się. I całe szczęście!
Film Romana Polańskiego „Autor widmo” od samego początku zapowiadał się interesująco. Już sam zwiastun obiecywał dobre, inteligentne kino — zarówno pod względem fabularnym, jak i aktorskim. Po seansie mogę powiedzieć jedno: nie zawiodłam się.
Reżyseria zachwyciła mnie precyzją i dbałością o szczegóły. Wszystko było dopracowane — od najdrobniejszych niuansów narracyjnych po kompozycję ujęć. Aktorzy zostali poprowadzeni z ogromnym wyczuciem — każdy ich grymas, gest, każde spojrzenie miało znaczenie i budowało napięcie. Chemia między postaciami i ogólna synchronizacja działały bez zarzutu.
Dynamika akcji? Wiem, że dla niektórych tempo pierwszej części filmu może wydać się zbyt spokojne, wręcz ociężałe. Dla mnie jednak ta powolność była jak dobrze skomponowana przystawka przed wyrafinowanym deserem. Narracja toczy się własnym, może nieco sennym rytmem — ale ten rytm nie nuży. Przeciwnie — wciąga. Pasuje do mglistego klimatu filmu i do scenerii, w jakiej rozgrywa się akcja.
Nie sposób nie wspomnieć o krajobrazach — smutnych, posępnych, a jednocześnie pięknych. Rzadko zdarza mi się oglądać film, w którym słońce nie wychodzi ani razu zza chmur, a mimo to myślę: to jest piękne.
„Autor widmo” oglądało mi się jak czyta dobrą książkę w chłodny, jesienny wieczór — na kanapie, przed kominkiem, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni. I wtedy naprawdę nie potrzeba już niczego więcej do szczęścia.
Komentarze
Prześlij komentarz