Pierwsze minuty po
obejrzeniu filmu „Zjawa” Alejandra Inarritu.
Mam autentyczny problem ze
„Zjawą”. Pierwszą myślą, która przychodzi mi do głowy po
seansie jest to, że dzieło jest "ciężko strawne". Być może nie „weszłam w
konwencję”? Być może nie jest to mój dzień na oglądanie tego
typu twórczości? Z całym przekonaniem mogę jednak stwierdzić, że nie jest to
kino, które lubię oglądać. W związku z tym, że jest to
pretendent do walki o Oscary stwierdziłam jeszcze przed seansem, że chciałabym obejrzeć
wszystkie filmy (w tym właśnie "Zjawę") zanim podejmę decyzję, który film moim zdaniem
powinien otrzymać statuetkę. Stąd moja decyzja o podjęciu
rękawicy i rozpoczęciu oglądania.
To co przychodzi mi
na myśl to po pierwsze przecudowna gra obrazem. Z retrospekcji,
które jawią się bohaterowi w majaczeniu, w agonii można
dowiedzieć się o nim dostatecznie dużo by wczuć się w jego
sytuację i zrozumieć motywacje działania.
Co mnie drażniło:
charczący i dławiący się Leo. Myślę, że gdyby nie bagaż doświadczeń
w postaci wielu (wielu!!!!) poprzednich produkcji z jego udziałem
byłby tu po prostu perłą. Jako osoba, który widziała 15 filmów z jego udziałem nie
mogę oglądać kolejnego nie uwzględniając jego poprzednich
kreacji. Nawet nie wiem czy tak się da… mam w pamięci jego rolę w „Wilku z wall street”, „Wyspie tajemnic”, „Incepcji” i
wielu innych. Teraz kolejny film - „Zjawa”. Naprawdę powiadam Wam nie mam zielonego pojęcia mam traktować tę rolę. Film był
długi. Dłuuuugi jak glut z nosa, który ciągnął się za Leo
przez jego całą podróż. Doceniam wkład pracy, doceniam kunszt
aktorski, doceniam wysiłek, walkę i ambicję. Naprawdę. Doceniam. Ale ten film był jak dobrze zapowiadający
się obiad, który w związku z tym, że wszyscy go wychwalali nie
smakował już tak dobrze a na domiar złego ma się po nim zgagę.
Obrona filmu. Poza
oczywistościami, o których rozpisują się wszyscy: zdjęcia
(ponieważ obrazy są przepiękne), montaż, reżyserię. Bardzo ciekawe było wybranie czasu historycznego, który w historii Stanów Zjednoczonych nie był jeszcze (a "jeszcze", ponieważ to czasy przed wojną secesyjną) czasem krwawym, a więc takim który mógłby potencjalnie zainteresować jakiegoś reżysera. Plus dopracowanie szczegółów i Tom Hardy… zaraz. Tu się wręcz muszę zatrzymać.
Nie jestem wielką
fanką tego aktora, ale w tym filmie naprawdę przyćmił Leo. A
czym? Tym, że- miałam takie wrażenie- wcale nie chciał go
przyćmić. Ten film był mówiąc dosadnie robiony pod Leo i każdy zdaje sobie z tego sprawę. W związku z tym Hardy
był trochę odciążony z presji (o ile u aktora można mówić o
presji, zwłaszcza w Hollywood, gdzie z presją mają do czynienia na
co dzień). Hardy wszedł, powiedział co miał do powiedzenia i zmiótł
wszystkich. Grał postać spod ciemnej gwiazdy, źle mu z oczu patrzyło ale to była postać. To była prawdziwa POSTAĆ. A nie czołgający
się worek na ziemniaki jakim był Leo. To dzięki Hardy' emu ten
film ma charakter.
Mam jakieś niejasne przeczucie, że pomimo tego, co napisała Pani Bielak w
recenzji na filmweb.pl (http://www.filmweb.pl/reviews/Snowman-18259) ten film jest wydmuszką. Doszukiwanie
się w tym przekazu emocjonalnego jest trochę na wyrost. Nie wiem..
po prostu wszyscy w tym filmie tak bardzo się spięli żeby był on
godny Oscarów, że miałam wrażenie, że z wysiłku za chwilę ktoś
zacznie robić w nim kupę. To może prostackie oddaje to, że ta produkcja była ciężką, żmudną orką,
po której wszyscy oczekiwali sukcesu. I tym sukcesem, ten film jest
naznaczony. Sukces jest przekleństwem dla tego filmu i odbija się w
nim wielką czkawką.
Uwielbiam filmy,
które wychodzą wręcz z nicości. Tak jak w zeszłym roku
„Boyhood”. Ten film był robiony z miłością, dopracowywany
pieczołowicie przez 12 lat, co roku na planie spotykali się ludzie,
którzy chcieli robić coś co kochają. I tą miłość odczuwałam
na ekranie. A w „Zjawie” miałam wrażenie, że oni powiedzieli,
że chcą zrobić film o emocjach kompletnie nie mając pojęcia co
one oznaczają. Widać w nim świetny warsztat filmowy ale nie ma w
tym serca. Jeśli chodzi o emocje, które autorzy chcieli przekazać
widzowi... Ja oprócz obrzydzenia kiedy widziałam jak Leo je
wnętrzności bizona, czy obrzydzenia kiedy widziałam rozkładające
się i gnijące ciało Leo, czy -o wait- obrzydzenia, kiedy widziałam
odrąbany palec Toma Hardy' ego czułam może jeszcze: zimno- zasługa
przecudnych zdjęć, zniecierpliwienie- zasługa przeciągających
się ujęć (miałam wrażenie, że Lubezki się tarza z zachwytu w tych swoich zdjęciach, tak bardzo widać jego ego i samouwielbienie. W.
Każdej. Scenie.).. wachlarz emocji kończy się u mnie przy uczuciu
(z ciężkim sercem to muszę przyznać, przy moim uwielbieniu do
Leo!) ulgi, że film się już skończył i mogę wyjść do
toalety.
Na prawdę przykro
mi w taki sposób pisać o filmie, który miał być wielki. Przykro
mi, ponieważ nie widzę tego, co być może dostrzegają inni. Podsumowując- nie moje kino, wiedziałam, że mi się nie spodoba film tego typu i niestety miałam rację. Uważam, że jeśli uwzględnić
indywidua- od Inaritu, Lubezky' ego, DiCaprio, Poulterem kończąc- ten
film miał taki cholerny potencjał, że aż go zmarnowano! Nie mogę
tego przeboleć!
To co można jeszcze
powiedzieć dobrego na temat filmu, to zakończenie (uwaga spojler!). Było to naprawdę dobre zakończenie. Hugh Glass idzie po wygranej
walce z John' ym Fizgerald' em, upada, widzi swoją żonę (majaczenie ze
zmęczenia, zimna, wycieńczenia), rozgląda się wokół aż nagle
spogląda prosto w kamerę i scena zostaje ucięta. Ten zabieg był
naprawdę dobry. Ja go odczytałam jako śmierć bohatera. Ale w
związku z tym, że nie jest to powiedziane wprost można dojść do
całkiem odmiennych wniosków.
Film polecam,
ponieważ nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej zetknęła
się z podobnym widowiskiem. Moim zdaniem jest to także ciekawe
zjawisko kultury popularnej, ponieważ niezależnie od treści
prezentowanego obrazu, przekazu i formy- głównie z uwagi na obsadę-
jest to blockbuster. Jest to dość interesujące, w jaki sposób można manipulować widzem, który coraz
częściej utożsamia się z aktorami, a nie z preferowanym gatunkiem
filmowym.
Komentarze
Prześlij komentarz