Przejdź do głównej zawartości

Black mirror s01e01

Uwaga – spojlery!

Jestem świeżo po seansie pierwszego odcinka pierwszego sezonu i... muszę przyznać, że wywołał we mnie spory dyskomfort i konsternację. Historia, którą przedstawia, jest jednocześnie absurdalna i boleśnie prosta. Abstrakcyjna fantazja twórcy przeradza się tu w opowieść o premierze Wielkiej Brytanii, który zostaje postawiony przed groteskowym, moralnie nie do ogarnięcia wyborem. Od jego decyzji zależy życie porwanej księżniczki.

Porywacz stawia warunek. (I tu mam problem – bo jak to ująć, by nie zabrzmiało... obleśnie? Ale trudno, napiszę wprost.) Otóż porywacz zgadza się wypuścić księżniczkę tylko pod jednym warunkiem: premier musi odbyć stosunek seksualny ze świnią. Na żywo. Na antenie publicznej telewizji. Jakakolwiek próba oszustwa – aktor, deepfake, montaż – skutkuje natychmiastową egzekucją porwanej. Rozpoczyna się więc desperacka gra na czas: policyjne i dziennikarskie śledztwa, działania zakulisowe, a nawet zatrudnienie aktora porno... Ale wszystko na nic.

Szczerze? Nawet nie wiem, jak ten odcinek skomentować.

Z jednej strony – chciałoby się powiedzieć, że scenariusz miejscami zgrzyta. Że niektóre sceny są poszarpane, a całość nie do końca się spina. Ale z drugiej – sam pomysł jest tak mocny i niepokojąco trafny, że można wybaczyć te drobne niedociągnięcia. Intrygujący jest sam porywacz. Kim właściwie był? Szaleńcem? Performanserem? Społecznym eksperymentem? Jeśli to pierwsze – nieco banalne. Jeśli drugie – to jego późniejsze samobójstwo wydaje się przerażająco logiczne. Może liczył, że premier zachowa resztki godności? Że społeczeństwo nie będzie chciało oglądać czegoś tak potwornego? Ale przecenił nas wszystkich. Premier zrobił dokładnie to, czego oczekiwał „szaleniec”, a opinia publiczna – ta osobliwa, zbiorowa bestia – stała się jednocześnie widownią, reżyserem i sędzią całej tragedii.

Umysł takich ludzi – tych, którzy planują coś takiego – jest absolutnie fascynujący. Właśnie dlatego, że jest nieprzewidywalny.

Ciekawie pokazano tu także sam „kolektyw społeczny” – ludzi jako grupę. Ta zbiorowość ma w odcinku dwie twarze. Pierwsza to opinia publiczna – bezosobowa, ale bardzo realna siła, obecna w sondażach, komentarzach, mediach. To do niej wszyscy się odnoszą, to przez nią premier musi rozważać każdą decyzję. Bo przecież „co ludzie powiedzą?”. Druga twarz to osoby z gabinetu premiera – ci, którzy w imię interesu państwa (czyli: interesu społecznego) wywierają na niego presję. Znamienne, jak łatwo utożsamiamy się z tą pierwszą grupą. Z opinią publiczną. I jak chętnie oglądamy dalej – nawet jeśli to, co widzimy, nas odrzuca. Tak działa przymus społeczny. Presja. Wewnętrzny mechanizm, który zmusza nas do oglądania, choć jednocześnie chcielibyśmy odwrócić wzrok.

To właśnie ta presja – społeczna, medialna, emocjonalna – prowadzi do tragicznego końca. A przecież socjologowie od dawna wiedzą, że wpływ społeczny działa właśnie w ten sposób. Jest obecny, realny, a jego skutki – choć trudne do przewidzenia – są nieuniknione.

Świetnie podsumowują ten odcinek dwie końcowe sceny.

Pierwsza – rok po wydarzeniach – to krótka relacja telewizyjna. Prezenterka wspomina, że księżniczka czuje się dobrze i spodziewa się dziecka. Idealna ilustracja naszej współczesnej fascynacji życiem „gwiazd” – nawet jeśli wcześniej byliśmy świadkami ich największych upokorzeń. Druga scena pokazuje premiera z żoną. Uśmiechnięci, odwiedzają szkołę, jak gdyby nigdy nic. Ale kiedy wracają do domu – milczą. Żona ucieka wzrokiem. Nie może na niego patrzeć. I wtedy wiemy – nikt z nich nie wyszedł z tej sytuacji naprawdę żywy.

Piękna historia, prawda?

Współczesna, brutalna wersja bajki o księżniczce i rycerzu. Tyle że tutaj „księciem” zostaje mężczyzna zmuszony do gwałtu na świni. A księżniczka? Jest właściwie tłem. Dekoracją. Dziesięcioplanową postacią z tabloidów.

Krótka konkluzja (może odrobinę spłycona):
Społeczeństwo wywiera na nas tak ogromny wpływ, że w imię zachowania twarzy – gotowi jesteśmy zrobić absolutnie wszystko.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dojrzewanie

Minęło już trochę czasu od premiery serialu Dojrzewanie . Emocje opadły, boom nieco przygasł, my- widzowie- również ochłonęliśmy. Ale to nie znaczy, że o tym serialu przestanie się z dnia na dzień mówić. Bo mówić wręcz trzeba. Ta opowieść to dramat jednostki, rodziny a także przedstawienie szerokiej perspektywy dojrzewania współczesnych nastolatków. Zacznijmy od początku. Serial opowiada historię 13-letniego chłopca oskarżonego o zabójstwo swojej koleżanki. To nie spoiler- od początku wiemy, że chłopak rzeczywiście dopuścił się tej zbrodni. Twórcy skupiają się jednak na tym, jak rodzice dowiadują się o tragedii i jak wygląda ich życie w pierwszych dniach oraz tygodniach po tym dramatycznym wydarzeniu. Zostawię kwestie techniczne osobom, które mają w tej dziedzinie większą wiedzę, ale nie mogę pominąć jednej rzeczy: każdy z czterech odcinków został zrealizowany jednym, ciągłym ujęciem ! To imponujące- aktorzy przygotowywali się do każdego odcinka jak do spektaklu teatralnego. Próby, ...

Slow horses

Nie wiem jak i nie wiem kiedy, ale Kulawe konie stały się w ostatnim czasie naszym serialem . Tym, który oglądamy wyłącznie razem. I mam nieodparte wrażenie, że obejrzenie choćby jednego odcinka w tajemnicy przed drugim byłoby wystarczającym powodem do solidnego focha. Mój mąż ma zupełnie inny gust filmowo- serialowy niż ja. Preferuje horrory, filmy grozy, krew, pożogę i zniszczenie. Wspólne zachwyty nad jedną produkcją zdarzają nam się więc raczej rzadko. Nie poleciłabym mu na przykład serialu Studio , opowiadającego o kulisach współczesnego Hollywood. Zupełnie odbił się też od bardzo przeze mnie zachwalanej Sukcesji (wiem!!!). Naszą jedyną płaszczyzną porozumienia pod względem kinematografii pozostają filmy i seriale sensacyjne, kryminalne, detektywistyczne oraz thrillery. Kulawe konie wpisują się w ten schemat.   Pierwszy sezon otwiera genialna scena akcji rodem z Jamesa Bonda. Trwa niemal 20 minut i jeśli ta sekwencja nie przykuje Waszej uwagi- to znak, że ten serial po pro...

Sukcesja przemowami stoi

UWAGA! SPOJLERY! Przed rozpoczęciem oglądania Sukcesji byłam sceptyczna z wielu względów. Czy temat rodzinnych scysji i walki o "stołki" w firmie może być w ogóle interesujący? Najczęściej przed oglądaniem seriali robię research, głównie po to, żeby wpasować dany klimat w mój aktualny nastrój. Kilka (bardzo mało, ale jednak) przeczytanych przeze mnie opinii recenzentów sugerowało, że serial jest przereklamowany i że nie wiadomo, o co w ogóle tyle szumu. Wydawało mi się też, że będzie to kosmiczne połączenie Mody na sukces i Wilka z Wall Street . Jak bardzo się myliłam! Najbardziej przekonało mnie to, że większość recenzji brzmiała: „Finał Sukcesji dowiózł”. Chyba nie ma lepszej reklamy dla serialu! Dodatkowo bardzo szanuję twórców za to, że postawili na jakość produktu, a nie na ilość (sezonów i odcinków). Ostatnio mam problem z czekaniem na kolejne sezony seriali, które ciągną się latami („Ród smoka”, „Wednesday”, „Biały Lotos”). Następne sezony albo nie powstają, albo ic...