Cały piąty sezon nie jest aż tak tragiczny, jak można było się obawiać. W porównaniu do nieszczęsnego finału Gry o tron- nie jest źle i nie jest aż tak rozczarowująco. Wątki zostały domknięte, mieliśmy możliwość pożegnania się z każdym z bohaterów i ich historiami- jedne bardziej logicznie, inne mniej. (Hopper, który tak szybko pogodził się ze zniknięciem Eleven, jest dla mnie poza skalą nielogiczności, ale okej…).
Tuż przed emisją ostatniego odcinka krytycy i widzowie zwrócili uwagę na kilka rzeczy:
-
Podział ostatniego sezonu na trzy części, który skutecznie wytrącił nas- widzów- z wątków, szalonych pomysłów i emocji całej historii. Oficjalnie: każda z trzech części miała wychodzić w „święta”: Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie i Nowy Rok, żebyśmy poczuli się jak za czasów naszego dzieciństwa, kiedy czekaliśmy na swój ulubiony program. Tłumaczenie piękne. Ale bitch please… jeśli to nie było głównie o nabijaniu statystyk oglądalności Netflixowi- danego dnia miliony widzów siadający przed ekrany telewizorów i inny urządzeń elektronicznych, to ja naprawdę nie znam życia.
-
Zakończenie wątku Hoppera, który w mgnieniu oka pogodził się ze stratą Eleven. Znając jego historię z pierwszego sezonu- lata depresji po stracie córki- trudno mi uwierzyć, że tym razem był w stanie tak szybko iść dalej.
-
Odcinek 6, który wszystkim nam będzie się śnił po nocach: Max informująca Holly tuż przed portalem, że „wiesz co, jednak nie pójdziesz ze mną”. Chyba wszyscy mieliśmy wtedy solidne WTF???. A krzyki do ekranu „Run Max, run!!!”, kiedy dziewczyny przez dobre 15 minut rozmawiały ze sobą jak gdyby nigdy nic, zanim ruszyły w stronę portali- gotowy kontent na roli, na media społecznościowe.
-
Nancy i Jonathan, czyli najgorsze zerwanie– niezerwanie w historii. Po tym odcinku bracia Duffer musieli się solidnie tłumaczyć, o co w tym właściwie chodziło. Jako widz byłam przekonana, że to pogodzenie się pary, w końcu wyjaśnienie wszystkiego tak, żeby z czystą kartą albo umrzeć, albo jeśli przeżyją, budować wspólne życie w prawdzie. Tymczasem dostaliśmy przykład bardzo złego scenopisarstwa, w którym większość widzów, w kluczowym momencie kompletnie nie wiedziała, co twórcy mieli na myśli.
-
Bohaterowie: teorie → narady → akcja. Ten problem był podnoszony od pierwszego sezonu- mimo braku czasu bohaterowie zawsze jakoś znajdują go na długie narady. Tłumaczono to do tej pory tym, że serial częściowo odzwierciedla strukturę gry RPG. I to działało. Ale w ostatnim sezonie kuriozalność tych scen uwypukliła wszystkie dziury i niedopatrzenia.
-
Cztery lata kręcenia ostatniego sezonu to jednak lekkie przegięcie. Dzieci dorosły, a niektóre zdążyły wziąć śluby i zaadoptować dzieci → Millie Bobby Brown.
-
Chyba wszyscy się zgodzimy, że coming out Willa to ładna fabularna klamra, ale timing nie mógł być gorszy. Mike mówi, że mają chwilę, dosłownie przed wyjazdem, a Will uznaje, że to idealny moment na wyznania. Fabularnie da się to obronić, bo wszyscy wiemy, że ta tajemnica była jednym z powodów jego strachu przed Henrym ale pytania zostają: Czy musiał to robić właśnie wtedy? Czy naprawdę musiały w tym uczestniczyć osoby, które go właściwie nie znają, jak Murray czy Erica?
-
I na koniec pytanie, które widzowie zadawali sobie przez odcinki 3–7: gdzie jest pan Wheeler? XD Od zawsze wiedzieliśmy, że był traktowany w serialu bardziej jak rekwizyt pojawiający się od czasu do czasu, ale come on. Pani Wheeler dwa razy zdążyła uratować swoje dzieci, a pan Wheeler po prostu… wsiąkł.
Komentarze
Prześlij komentarz