Duszny, parny, czerwcowy wieczór. Słońce powoli zachodzi, na dworze zaczyna panować półmrok. Okna w blokach i kamienicach otwarte są na oścież, aby mieszkania mogły się przewietrzyć po upalnym dniu. W niektórych wnętrzach zapalają się już pojedyncze światła. Idę ulicą na przedmieściach dużego miasta, nie rozglądam się, pogrążona w myślach. Zauważam jedynie pojedynczych przechodniów oraz to, że drzewa są już ciemnozielone, co oznacza, że pierwsza faza wiosny — ta, w której wszystko budzi się do życia — minęła. Teraz przyroda jest już gotowa na nadchodzącą kolejną porę roku. Mijam mały plac, na którym skoszona trawa zdążyła już lekko przeschnąć, lecz wciąż pachnie. Trochę jak słoma, trochę jak lato. Przechodzę obok otwartego okna jednego z mieszkań. W środku pali się światło. Przez chwilę dostrzegam jedynie lampę z abażurem, telewizor, obraz na ścianie i kwiat zwisający z doniczki — zapewne paprotkę. Przed oczami pojawia mi się obraz ludzi siedzących właśnie przed tym telewizorem. Może t...
O filmach, które zostają w głowie – niekoniecznie tych najnowszych.